Granville Redmond, artysta, urodzony w roku 1871, kształcił się w Kalifornijskim Instytucie dla Głuchych, Niemych i Niewidomych, gdzie otrzymał wyróżnienie oraz złoty medal Browna za najlepsze dzieło życia, przyznany przez Stowarzyszenie Sztuki w San Francisco; następnie studiował w Paryżu pod kierunkiem profesora Benjamina Constanta i Jeana Paula Laurensa. Wystawiał swe prace w paryskim Salonie. Jego obrazy zostały zakupione przez rząd Stanów Zjednoczonych i zawisły w Kapitolu w Olympii, w stanie Waszyngton.

Powyższe informacje pochodzą z „Who’s Who in America”, w części poświęconej artystom i rzeźbiarzom.

Zwięzłe to i rzeczowe, lecz jakże niewystarczające. Taki zapis, choć poprawny, nie oddaje żywego człowieka; przypomina raczej marmurowy posąg — czysty i godny podziwu, lecz chłodny. A przecież pragniemy ciepła i życia; chcemy dostrzec ludzką, prawdziwą, istotę. Dlatego przytoczę niewielki fragment dłuższego artykułu, napisanego dla magazynu przez osobę, który odwiedziła pana Redmonda w Hollywood, w jego pracowni przy studio filmowym Charliego Chaplina. Opowiada on zarówno o jego pracy jako artysty, jak i o jego osobowości. Do tej drugiej jeszcze powrócę.

„Znalazłem w nim osobowość uderzającą oraz mężczyznę silnej budowy, o twarzy pełnej humoru i gęstej, kręconej czuprynie. Było w nim coś, co od pierwszego wrażenia przywodziło na myśl dawnego cygana-artystę, coś, co przylgnęło do każdego prawdziwego ucznia sztuki, którego lata praktyki upływały w atmosferze Montmartre’u.

Przyjął mnie z wielką uprzejmością i niezwłocznie zaprosił do wnętrza. Przy jednym końcu obszernego pomieszczenia stały jego sztalugi. Po przeciwnej stronie znajdowała się kanapa, a obok niej smukły stolik, na którym spoczywały płótna w różnych stadiach pracy.

Gospodarz naszkicował coś na swoim ‘notesie rozmów’ i dokonał skromnej prezentacji: ‘Pan Charles Chaplin’.

Od chwili tego niespodziewanego pierwszego spotkania miałem częstą sposobność widywać Charlesa Chaplina. Od owego niespodziewanego pierwszego spotkania zdarzało mi się widywać Charlesa Chaplina — co normalnie jest równie trudne, jak dostanie audiencji u Lamy czy Jego Świątobliwości, Papieża.

Być może dlatego, że chciałem głównie rozmawiać z Redmondem wkrótce przekonałem się, że moja obecność nie przeszkadzała Chaplinowi; przeciwnie, była dlań niejako chwilą wytchnienia od zajęcia polegającego na bawieniu świata — zajęcia, którego zwykły człowiek nie doświadcza.

Tak czy inaczej, pewnego popołudnia ujrzałem Chaplina innego niż tego opisywanego przez reporterów i dziennikarzy. Zapewniam, iż żaden z nich nigdy przedtem nie był w pracowni Granville’a Redmonda.

Chaplin z przyjemnością rozmawiał na każdy temat, byleby nie był on związany z filmem, i okazał się niezwykle pomocny w przekładaniu rozmowy z głuchoniemym artystą, bez nadmiernego uciekania się do pisma. Mogliśmy dzieki temu poświęcić całą uwagę obrazom, które miałem oglądać.

Na jednej z trzech sztalug znajdowało się duże płótno, które — jak powiedział Chaplin — właśnie zostało ukończone do jego własnej kolekcji. Był to krajobraz przeobrażony światłem księżyca — choć w rzeczywistości żadnego księżyca na nim nie widać — szeroka przestrzeń słonych mokradeł ciągnących się ku srebrzystej linii odległego horyzontu. Ociężała odnoga morza, połyskująca w pierwszym planie błękitem, przecinała purpurową ziemię i ciemną zieleń szorstkiej trawy. Daleko, tam, gdzie na horyzoncie srebrzy się pas obłoków, przeczuwa się tajemnicę morza. Obraz nosił tytuł „Odpływ”.

— Mógłbym patrzeć na to godzinami — powiedział Chaplin — tyle to znaczy.

Tego popołudnia powiedział też wiele innych rzeczy, które wydały mi się niezwykle trafne. Zawodowy krytyk sztuki zapewne wyraziłby te same myśli innymi słowami, a przy tym pozbawiłby je całej ich głębszej treści, posługując się technicznym żargonem, który krytycy tak chętnie przybierają. Chaplin nie mówił o „świetlistościach” ani o „wartościach”, lecz wprost duszę obrazu.

— To niebo, na przykład — rzekł — jest znakomite, tak pełne życia; ten pas mokradeł, tak bezwładny — przywodzi na myśl godziny przed świtem, kiedy żywotność człowieka osiąga swój najniższy punkt. A jednak ma się poczucie, że gdzieś dalej jest morze, i że kiedy przypływ się podniesie, ta cząstka ziemi obudzi się odświeżona na nowy dzień.

— Wiesz — zadumał się Chaplin — jest coś zagadkowego w obrazach Redmonda. Jest w nich jakaś cudowna radość. Spójrz na niebo, na feerię barw w tych kwiatach. Czasami myślę, że cisza, w której żyje, rozwinęła w nim jakiś zmysł — jakąś wielką zdolność do szczęścia, której nam, innym, brakuje. Maluje samotność tak, jak nikt inny nie potrafi jej oddać, a jednak — na mocy osobliwego paradoksu — jego samotność nigdy nie jest osamotnieniem. Jest raczej pewną formą obcowania z Naturą, jak sądzę. Spokój tego nieba, na przykład, ciągnął dalej, wskazując na obraz Odpływ, od którego nie mógł oderwać wzroku — zdaje się on kryć w sobie jakąś obietnicę. W pewien sposób godzi człowieka z surowością tych mokradeł. A teraz chcę, żebyś zobaczył mój ulubiony obraz, bo właśnie on ilustruje to, co próbuję powiedzieć.

Temat był bardzo prosty, podobnie jak jego ujęcie — a jednak zawierał w sobie to subtelne wyrafinowanie, które jest sztuką ukrywania sztuki. Zasłonięty żółtawy księżyc, zarys wysokiego drzewa rzucającego cień na pierwszy plan, inne drzewa majaczące niczym widma w zmierzchu miękkich zieleni i szarości, nieco przypominające przejrzyste barwy Corota. Samotność z łagodnym podskórnym nurtem zadowolenia i niewysłowionego spokoju. Ani śladu osamotnienia.

— Czyż to nie piękne? — westchnął Chaplin. — Ten księżyc… sprawia, że ma się ochotę szeptać.

Powyższe ukazuje nie tylko jakość talentu artystycznego Redmonda, lecz także pewien rys osobowości samego Chaplina, który umykał uwadze przeciętnych widzów jego ekranowych popisów — a dostrzegalny był jedynie dla uważnych, przenikliwych obserwatorów: ukryta, głęboko artystyczna, wyrafinowana dusza tego komika.

W moim przekonaniu Chaplin porównywalny jest z Markiem Twainem o tyle, że pod powierzchnią humoru u obu kryje się niezgłębiona filozofia.

Piękno duszy, ujawniające się w natchnionych uwagach, wypowiadanych w najtrafniejszych zwrotach i wyrażeniach, o niemal uczonym charakterze, odsłania przed nami, że prywatnie jest on kimś więcej niż tylko twórcą rozrywki — i dlatego jego pochwała talentu Redmonda jest tym cenniejsza.

Bliskość łącząca Redmonda i Chaplina była na tyle silna, że wywarła wpływ na grę tego drugiego w filmach. Jest to zupełnie widoczne. Czy nie zauważyłeś, że Chaplin wykonuje wiele gestów przypominających ruchy głuchoniemego, a także często porusza ustami, jakby chciał naśladować wypowiadanie słów — słów, których nie można usłyszeć ani zrozumieć, a które, gdyby były istotne, musiałyby zostać powtórzone w napisach — co jest najbardziej nużącym i najmniej ekonomicznym sposobem objaśniania czegokolwiek w filmie? To dowodzi, że Chaplin w pełni pojmuje, iż w pantomimie każdy wyraz musi być przekazany gestem, o ile to tylko możliwe.

Stosowanie gestu będzie się upowszechniać w miarę, jak będzie ono coraz szerzej przyjmowane przez publiczność. Język migowy jest stopniowo, lecz niewątpliwie, doceniany wedle swej prawdziwej wartości. Cały przemysł filmowy porusza się jeszcze po omacku, ostrożnie, zdając sobie tylko mgliście sprawę z jego znaczenia, nie uświadamiając go sobie w pełni. Obecnie piszę obszerną rozprawę na ten temat i mam nadzieję, że zainteresuje ona cały świat, gdy tylko zostanie opublikowana (jeśli w ogóle do tego dojdzie!). W trakcie pracy nad nią często konsultuję się z panem Redmondem, którego uważam dziś za mistrza języka migowego. Rzadko spotyka się jemu równego w tej sztuce — bo jest to sztuka sama w sobie — a jednak zna on jej ograniczenia i nigdy nie przekracza „naturalnych znaków”, gdy występuje w filmach.

Może to wielu zdziwić, bo niewielu wie, że grał — i wciąż gra — w filmach. Nie otrzymuje jednak głównych ról. Czas na to jeszcze nie nadszedł. Nie z jego winy, lecz dlatego, że nie ma dziś ani jednego reżysera, który potrafiłby posługiwać się znakami lub literować na palcach z taką biegłością, by móc poprowadzić głuchoniemego aktora.

Jak zapewne zauważyłeś, w pierwszym wierszu tego artykułu zdradziłem datę jego urodzenia, co dowodzi, że jest jeszcze bardzo młody.

Przed nim wiele czasu, by dokonać jeszcze większych rzeczy — równie wielkich jak te, które już stworzył — i takich, które sprawią, że my wszyscy, głuchoniemi, będziemy mogli być z niego dumni.