Często myślałem o napisaniu czegoś o filmach i można by sądzić, że powinienem to zrobić, zważywszy na to, że mieszkam w Hollywood w Kalifornii, centrum przemysłu filmowego świata. Kilka miesięcy temu „The Literary Digest” opublikował obszerny artykuł o filmach i życiu filmowym tej okolicy. Nie był on jednak pełnym obrazem. I ja także nie mogę napisać artykułu wyczerpującego. Napiszę więc o filmach głównie w odniesieniu do głuchych.

Na początek wyobraźmy sobie, że wybierasz się ze mną na spacer. Wychodząc z naszego domu, idziemy na północ przez pół odległości między dwiema głównymi ulicami, a tuż przed nami wznosi się ciemnoniebieska ściana górska, której łagodne zbocze tworzy malownicze tło dla domów o rozmaitych rozmiarach, kształtach i kolorach — najbardziej rzucają się w oczy oczywiście białe z czerwonymi dachami.

Następnie skręcamy na Sunset Boulevard, aleję która od czasu powstania tutaj przemysłu filmowego stała się jedną z najsłynniejszych arterii świata. Po obu stronach tej szerokiej alei, ciągnącej się na wiele mil na wschód i zachód, znajdują się tuziny największych studiów filmowych. Sunset Boulevard słynie również ze swoich gajów cytrusowych, wspaniałych starych drzew pieprzowych, pięknych domów oraz jednego z najlepszych liceów w stanie. Niedaleko stąd, nieco wyżej na zboczu, stoi wielka biała rezydencja, która do niedawna była domem Douglasa Fairbanksa.

Powietrze przesycone jest zapachem kwiatów pomarańczy, cytryn i grejpfrutów. Im dalej idziemy na wschód, tym silniejsza wydaje się woń. Po spokojnym piętnastominutowym spacerze dochodzimy do nowego studia Charliego Chaplina, położonego na skrzyżowaniu Sunset i La Brea Boulevard. Ten wspaniały kompleks wart milion dolarów, wraz z imponującym domem Chaplina, zajmuje cały kwartał. Kilka przecznic dalej przy Sunset stoi piękny dom naszej głuchej przyjaciółki, panny Alice E. Chenoweth. Jeszcze dalej, jakieś dwie mile stąd, znajduje się duży staroświecki dom, częściowo ukryty w cieniu „gaju pomarańczowego” przed nim — mieszka tam Mary Pickford. Ale nie idźmy tak daleko; zatrzymajmy się przy studiu Chaplina. Nie dlatego, że to jest najnowsze i najpiękniejsze studio ze wszystkich, lecz ponieważ nasza uwaga powinna naturalnie skupić się tutaj, bo pracuje tu ramię w ramię ze znanym komikiem głuchy aktor, Granville Redmond. O ile mi wiadomo, jest on pierwszym i jedynym głuchym człowiekiem, który dostał się do filmu. Pan Redmond jest słynnym malarzem pejzażystą, którego obrazy są wysoko cenione przez znawców na całym świecie.

Pan Redmond jako aktor

Około rok temu Chaplin po raz pierwszy usłyszał o Redmondzie i o jego możliwościach aktorskich. Sam będąc mimem, Chaplin zapewne chętnie przyjął pomysł pracy z głuchym aktorem biegłym w języku pantomimy czy języka migowego. Zaproponował współpracę Redmondowi, lecz dopiero kilka miesięcy temu ten przyjął jego propozycję.

Po kilku tygodniach prób — jak mi powiedziano z najlepszego źródła — wielki komik jest niezwykle zadowolony ze swojego głuchego aktora i przewiduje dla niego wielkie sukcesy na ekranie. W rzeczywistości Chaplin i Redmond bardzo się zaprzyjaźnili, co oznacza — choć nie zostało mi to powiedziane wprost — że światowej sławy aktor uczy się języka migowego. Czy użyje go w filmach? Tak! Ci z was, którzy widzieli nowy film Chaplina „Psie życie”, zauważyli, że używa bez problemu znaków migowych oznaczających „maluch” czy „dzieci”. Skąd nauczył się tych znaków, jeśli nie od swojego głuchego przyjaciela, Redmonda?

W tym filmie Redmond jest dużym, barczystym mężczyzną grającym rolę właściciela sali tanecznej „Green Lantern”. Jak widać, powierzono mu w niej ważną rolę — pierwszą w jego karierze filmowej. Krytycy dostrzegają w nim wielkie możliwości. Potrzebuje tylko czasu, by rozwinąć swój talent aktorski — i to nastąpi, jak powiedział sam Chaplin. Wówczas będziemy mieli w naszym głuchym przyjacielu wielkiego aktora.

Film nie potrzebuje mowy ani czytania z ruchu ust. Przeciwnie — jest to przede wszystkim dziedzina pantomimy i znaków. Nie mogąc mówić, Redmond wszedł do filmu z pewnymi obawami; lecz Chaplin szybko uspokoił go, że mówienie nie jest konieczne — że „zwykłe, codzienne ruchy ust wystarczą”. Zastanawiam się więc, czy nie usłyszymy od czasu do czasu jakiejś osoby „histerycznie” uważającek, że należy czytać z ust, „Czytaliście z warg Redmonda?!”

Miałem kilka interesujących rozmów z Redmondem i jego uroczą żoną — nasze domy nie są od siebie daleko — i z wielkim zainteresowaniem śledzę jego karierę.

Pan i pani William Japes

Moi przyjaciele, państwo Japes z Detroit w stanie Michigan, nie są w tym filmie; można jednak przypuszczać, że urocza i utalentowana Violet Colby Japes mogłaby się w nim łatwo znaleźć, gdyby spróbowała. Podczas niedawnej podróży poślubnej pani Japes kilkakrotnie wyrażała chęć zobaczenia wnętrza studia Chaplina. Podobnie jak inni odwiedzający, spotkała się z odmową wstępu, aż w końcu napisała krótki liścik do wielkiego komika. Ku jej zaskoczeniu — i wszystkich innych — Chaplin odpisał osobiście, zapraszając ją i pana Japes na określoną godzinę w konkretnym dniu. Sprytna dziewczyna! Była bystra — i osiągnęła swój cel bowiem zasady studia dotyczące odwiedzających są niezwykle surowe. Sam pan Redmond powiedział mi, że spośród tysiąca odwiedzających studio tylko dwie osoby — poza wspomnianą parą — zostały wpuszczone do środka.

Jestem całkiem pewien talentu aktorskiego pani Japes, gdyż widziałem ją pewnego wieczoru, kiedy zabawiała naszą grupę w swoim apartamencie hotelowym. Odgrywała życie ludzkie w różnych jego fazach — zarówno jej charakteryzacja, jak i gra były niezwykle wierne.

Zarówno przyjemności jak i korzyści

W przeciwieństwie do teatru mówionego, osoby głuche mogą cieszyć się filmami w takim samym stopniu jak słyszący. Ktoś mógłby powiedzieć, że głusi tracą na tym, ponieważ nie słyszą muzyki towarzyszącej obrazom. Ale nie sądzę, abyśmy coś tracili; istnieją różne sposoby, w jakimi jesteśmy za to wynagradzani, choć słyszący by tego nie zrozumieli, gdybyśmy próbowali im to wyjaśnić. Osobiście nie znoszę hałaśliwego widowiska, w którym przedstawia się jakąś walkę czy bitwę, wraz z towarzyszącym jej głośnym, imitowanym hukiem bitewnym. Dla mnie te wibracje są nieustannym, dudniącym grzmotem — a nawet czymś gorszym — hałasem, który męczy moje ciało i duszę. W istocie większość wibracji muzycznych mnie drażni. Ale wiem, że wielu głuchych czerpie z nich przyjemność, zwłaszcza ci, którzy zachowali resztki słuchu.

Czego nie chcę oglądać

Szczerze mówiąc, nie lubię żadnych sztuk i filmów Davida W. Griffitha. Dziwi mnie ich popularność. Nie rozumiem popularności jego „Narodzin narodu” czy „Członeka Ku Klux Klanu”. Moim zdaniem wyrządziły one wielką krzywdę czarnoskórym, rasy która od czasów wielkiego Bookera Washingtona ma szansę się rozwijać i podnosić poziom swojej świadomości. Niedawno widziałem „Serca świata”. Przypuszczam, że większość ludzi interpretuje te film jako patriotyczny — i może tak jest. Jednak ja sam wyrobiłem sobie znacznie głębsze wyobrażenie o wojnie i jej wstrząsających okropnościach dzięki lekturze i refleksji a nie na podstawie czegokolwiek, co pokazuje Griffith. Być może cudowna muzyka towarzysząca jego filmom sprawia, że tak silnie oddziałują na publiczność. Jedna słysząca dama powiedziała mi, że muzyka stanowi połowę filmu.

Szczególnie nie lubię, gdy próbuje się przedstawiać na ekranie wielkie książki, takie jak „Quo Vadis”, „Nędznicy”, „Ben Hur” i inne. Przeczytawszy i gruntownie przyswoiwszy te dzieła, zawsze wątpiłem, czy ktokolwiek jest w stanie oddać je wiernie na ekranie, a nawet na scenie. Za każdym razem, gdy poszedłem zobaczyć taki film, nieodmiennie wychodziłem z niesmakiem. Dlaczego? Ponieważ to, co widziałem na ekranie, stanowiło jedynie ubogą cząstkę opowieści w porównaniu z bogatą, pełną wersją tej historii w mojej wyobraźni — taką, jaką napisał autor — a nie taką, jaką zwykli ludzie przerobili, okroili i zniekształcili, aby dopasować ją do swoich kapryśnych gustów.

Chciałbym, aby filmy pozostawiły wielkie książki w spokoju — książki, których wielkość daleko wykracza poza możliwości dramatyczne i emocjonalne zwykłych ludzi i kobiet, którzy je odtwarzają, robiących to bardziej z pobudek komercyjnych niż z prawdziwej artystycznej potrzeby.

W niektórych jednak przypadkach, a chodzi mi tu o książki, których nie czytałem, muszę przyznać, że wersja filmowa całkowicie mnie zadowala. Nie mając wcześniej w głowie obrazu całej historii, czegokolwiek brakuje w filmie, nie jest dla mnie problemem. Nigdy nie czytałem „Damy kameliowej”, więc kiedy zobaczyłem filmową wersję tej opowieści, bardzo mi się spodobała. Najlepsze ze wszystkich wydają mi się filmy przedstawiające współczesne życie — jego wzloty i upadki, radości i smutki, z dużą dawką humoru. Tylko w życiu współczesnym kino osiąga swoje najlepsze efekty. Tak na to patrzę.

Czy kino „spłyca doświadczenie”?

Bernard Shaw potępia filmy, twierdząc, że „spłycają doświadczenie”. W przypadku dorastających chłopców i dziewcząt, którzy jeszcze niewiele doświadczyli, jego ostrzeżenie jest z pewnością warte rozważenia. Wszelkiego rodzaju wykroczenia, przestępstwa i niebezpieczeństwa wydają się na ekranie łatwe, a nawet pożądane dla niektórych podatnych umysłów. Ale starsi, odpowiedzialni ludzie, oczywiście wiedzą lepiej.

Często myślałem, że nadmiar filmów może być szczególnie szkodliwy dla głuchych dzieci, ponieważ ich umysły rozwijają się wolniej, a one same nie dysponują jeszcze wystarczającym językiem, by rozumowo przepracować sceny i dramaty, które widzą. W tej sytuacji są one nawet bardziej narażone na „spłycone doświadczenie” niż dzieci słyszące.

W przypadku filmów — zarówno edukacyjnych, jak i innych — pokazywanych w szkołach dla głuchych, nie widzę, by mogły wnieść wiele dobrego, jeśli nie towarzyszy im odpowiednie objaśnienie nauczyciela.

Być może napiszę więcej na ten temat innym razem.